Oparł ręce o rozgrzany dach samochodu, pochylił się i z całej siły kopnął w bogu ducha winną oponę. Zaklął cicho, czując rwący ból w stopie i nachylił się, żeby ją ostrożnie rozmasować. Myślami jednak był zupełnie gdzie indziej.
Dlaczego zawsze muszą go spotykać takie rzeczy? Nic nigdy nie może być normalne?
Zapomniałeś, że ty już nie jesteś normalny.
Walnął pięścią w gorącą blachę i po raz chyba setny wrócił myślami do wydarzeń ostatnich kilku dni...
*
Wieczór, a właściwie już prawie noc, była chłodna, przejrzysta, czysta... i nadzwyczaj spokojna. Zatrzymali się w bardzo cichej dzielnicy, położonej na samym skraju metropolii. Zderzały się tutaj dwa światy, Tokio, w którym właśnie teraz przebywał, miało w sobie więcej z dawnej tradycji Japonii – nietrudno było zobaczyć drewniany domek, malutki sklepik czy kobietę ubraną w barwne kimono.
A nieco dalej było już inne Tokio – ogromne miasto tętniące życiem, zmieniające się stale, w którym zawsze można było znaleźć coś do odkrycia i coś do poznania.
Spacerował wąską, dosyć słabo oświetlona uliczką, napawając się właśnie tą magią. W sumie nie wiedział, czemu zamiast kupić colę w automacie na holu, idzie po nią do jakiegoś sklepiku... ale ten pomysł całkiem mu się spodobał.
- Daj spokój. – mruknął do siebie cicho, kiedy minęła go wyjątkowo podejrzana postać. – Chyba się nie boisz.... aaaaaach!
Wrzasnął na cały głos, kiedy coś podcięło mu nogi i jak długi runął na chodnik. Krzyk zamarł mu na ustach, skulił się ze strachu, oczekując ciosu... ale kiedy po dłuższej chwili nic takiego się nie wydarzyło, odważył się otworzyć mocno zaciśnięte powieki.
Zobaczył pochyloną nad sobą młodą dziewczynę. Całkiem wyraźnie widział jej twarz, oświetloną pomarańczowym blaskiem latarni. Wydobył z ciemności miękki zarys drobnej twarzy, lekko rozchylonych ust, malutkiego, zgrabnego nosa i czarnych, delikatnie skośnych oczu, wpatrzonych w niego z mieszaniną strachu i zaskoczenia. Jej ciemne włosy opadały w długich, gładkich kosmykach na plecy.
Wzdrygnął się, kiedy poczuł, jak drobna dłoń nieznajomej dotyka jego kolana – w miejscu, gdzie rozdarły się dżinsy. Był to jednak niespotykanie miły dreszcz, któremu towarzyszyła niezwykła fala gorąca.
Wsparł się na dłoniach i podniósł do pozycji siedzącej. Dziewczyna cofnęła się trochę, jednak nadal lekko dotykała szorstkiego, dżinsowego materiału.
Szczupłe, dziewczęce palce aż parzyły... przez chwilę miał ochotę bezceremonialnie odepchnąć jej dłoń... ale zaraz doszedł do wniosku, że nie jest to nieprzyjemne uczucie.
- Suimasen – powiedziała w swym dźwięcznym języku. Nie za bardzo rozumiał, co to może znaczyć, ale spojrzał na swoje rozdarte spodnie i spoczywającą przy dziurze dłoń dziewczyny, a potem przeniósł wzrok na jej twarz – na jej oczy o przepraszającym wyrazie.
- Nic się nie stało – odpowiedział odruchowo po niemiecku. Zamrugała, marszcząc lekko brwi i wpatrując się w jego twarz. Klepnął się w czoło i powtórzył, tym razem po angielsku: - Nic się nie stało.
Czarnowłosa nadal przypatrywała mu się z uwagą, aż nagle rozpogodziła się i z uśmiechem powiedziała szybko kilka zdań. Nie zważał na to, że wpatruje się w nią z otwartymi ustami. Widok jej egzotycznej, sympatycznej i niezwykle pociągającej twarzy przyprawiał go o dziwny ból gdzieś w klatce piersiowej.
Przyjemny ból.
*
Pięć dni. Pięć dni, spędzonych jak w gorączce, kiedy na każdym kroku, w każdym dźwięku i słowie towarzyszyła mu nieznajoma. Za dnia czuł jej obecność przy sobie, nocą nawiedzała go w snach. Programy telewizyjne i promocja płyty przestały go obchodzić – teraz biegał tylko wzdłuż wąskiej uliczki, licząc na to, że znowu ją spotka.
Gorące, wręcz upalne dni upływały na szeptanych nie wiedzieć do kogo błaganiach, by znowu się pojawiła. By mógł ją jeszcze raz zobaczyć, a wtedy...
Przystawał, wzruszał ramionami, wracała mu przytomność. I co wtedy?
*
Miał ochotę w coś walnąć. Dach vana już był, opona była, nawet uderzył czołem o asfalt. Zabrakło mu pomysłów na wyładowanie emocji.
Teraz będzie pamiętał, że starszych się słucha.
Po raz chyba setny prze okno wsadził głowę do szoferki i poprosił kierowcę, żeby poczekał jeszcze pięć minut. Mężczyzna mruknął coś pod nosem, ale kiwnął głową na znak, że się zgadza.
Zszedł w dół ulicy, uważnie lustrując każdy zakamarek, każdy róg i boczną uliczkę. Jakby miał nadzieję, że jednak skądś wyskoczy.
Idioto. A myślałeś, że już wróciłeś do siebie.
Ktoś delikatnie popukał go po plecach, na wysokości łopatki. Wściekły, odwrócił się gwałtownie z zamiarem ofuknięcia kolejnej natrętnej fanki, i zamarł. Przetarł oczy, zamrugał kilkakrotnie. Nieśmiało wyciągnął dłoń i dotknął falującego na delikatnym wietrze kosmyka.
Nie miał omamów. Naprawdę przed nim stała.
Z tego, co się potem działo, nie pamiętał zbyt wiele. Zarejestrował tylko niezwykle miły dotyk szczupłego ciała, oszalałe bicie serca {nie wiedział nawet, czyjego}, upajający zapach jaśminu. Wzrok wbijał gdzieś w swoje stopy, jakby się bał, że gdy przeniesie go wyżej – już będzie po nim.
Miał rację. Znów wpadł w ten stan – tyle że teraz zamiast gorzkawej tęsknoty odczuwał słodkie dreszcze spełnienia.
Nie całowali się. Nie obejmowali. Stali w niedużym odstepie, on muskał dłonią jej policzek, ona oparła ręce na jego piersi. Patrzyli w swoje oczy. Nie widzieli ich. Widzieli pełne uczuć i uniesień spojrzenia. Uspakajali się. Próbowali nacieszyć się sobą.
- Ai shiteru – usłyszał niewyraźny, lecz śmiały szept. Choć słowa były niezrozumiałe, zabrzmiały w jego uszach jak najsłodsza muzyka.
- Ich auch – odszepnął. – Ich liebe dich auch.
- Mood:
Excited - Listening to: `Himsa- anathema.
- Eating: septolete.
- Drinking: kubus. *banan, marchew, jablko.
goos luck with your new gallery!!
[b]`` dajesz mięchoo![/b]
--
fak ju.
<3
--
fak ju.
Previous PageNext Page